JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Dlaczego lekarze rezydenci głodują, a ich starsi koledzy lekarze zarabiają fortuny?

73 075  
350   387  
Pewnie każdy z nas zna (przynajmniej z widzenia) jakiegoś lekarza i jego wielkie audi, którym mija wszystkich złamasów biegnących na przystanek o wschodzie słońca. Czy ktoś taki ma prawo żądać jeszcze więcej? Po co więc rezydenci narzekają, urządzają protesty, a paru szaleńców zdecydowało się przejść na dietę zero?


Na początek krótkie wyjaśnienie: lekarz rezydent wymęczył 6 lat studiów, rok stażu podyplomowego i na tyle dobrze zdał egzamin końcowy, że dostał się na wymarzoną (lub mniej wymarzoną) specjalizację, najczęściej jako rezydent. Znaczy to, że jest zatrudniony w szpitalu przez państwo, nie przez sam szpital, państwo decyduje o zarobkach rezydenta. W czasie rezydentury ma wykształcić się i zdobyć tytuł specjalisty, trwa to co najmniej 5 lat. Młodzi rezydenci od 2 października zaczynają rotacyjny protest głodowy.
Nie jestem jeszcze lekarzem rezydentem, ale siedzę w medycznym środowisku już na tyle długo, żeby móc powiedzieć, że mnie się również nie podoba. Czuję się zrobiona w bambuko.
Zanim poszłam na medyczne studia, szpital kojarzył mi się wyłącznie z kolejkami i brudnymi toaletami. Ile ja godzin spędziłam w poczekalniach najróżniejszych szpitali i przychodni, nasłuchałam się kto był pierwszy, kto się wepchnął w kolejkę, ile lekarz już się spóźnił do pracy.

Nie mam lekarzy w rodzinie, a że nie jesteśmy bogaci ani nie mamy kontaktów w środowisku, to zwykle kwitliśmy w poczekalniach iks godzin, by w końcu nie usłyszeć od lekarza nawet „dzień dobry”.

Mieliśmy chyba pecha, bo jest wielu wartościowych specjalistów w narodowym funduszu (wielu poznałam w trakcie studiów), ale moja dość mocno dotknięta chorobami rodzina zwykle napotykała na ścianę, którą trzeba było powoli pokonywać, żeby nie skończyć na cmentarzu.
W każdym razie decydując się na te studia, chciałam zmieniać świat. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ci lekarze są tacy niemili, opryskliwi, dlaczego na nic nie mają czasu i żyją prywatnymi praktykami, mimo że mają zegarki w cenie małego samochodu. Myślałam, że będę tym jednym z niewielu empatycznych lekarzy, takim, którego nam tyle razy tak bardzo brakowało.
Lekarz rezydent ma się stale uczyć od starszych kolegów, którzy czuwają nad bezpieczeństwem młodego. To w teorii. W praktyce to różnie bywa. Albo chcą uczyć, albo nie. Widziałam, jak sam profesor (to jest dużo rzadsze niż shiny magicarp w Pokemon go, oni zwykle są już królami wszystkich galaktyk) pomaga przeprowadzić rezydentowi zabieg i tłumaczy wszystko krok po kroku. Zwykle trafi się ktoś, kto ma chęć coś pokazać, ale nie zawsze ma czas, sam rezydent nie zawsze ma czas czegokolwiek się uczyć, bo to on jest najniżej na drabinie i szpital chce wykorzystywać go jako maszynkę do papierów (no bo kogo innego, jeśli akurat nie ma stażystów?).
Są oddziały ładniejsze i brzydsze, pacjenci bardziej i mniej znośni, ale wszędzie uderza to samo: niekończąca się papierologia i lekarze biegający jak mrówki, żeby ze wszystkim zdążyć. Papierologia jest w szpitalu na najwyższym poziomie. Wszystko musi być opisane, czasem po kilka razy to samo, tylko w innej formie. Każdy pacjent ma swoją kartę, trzeba na bieżąco wszystko zapisywać: leki, badania, konsultacje. Nie może niczego brakować, bo może to się źle skończyć albo dla pacjenta, albo dla lekarza w sądzie. Dokumentacja ma sens, ale obecnie leczymy w szpitalu głównie dokumenty. To największy pożeracz czasu. Sami pewnie widzicie, jak w przychodniach w gabinecie głównym punktem programu jest czekanie, aż lekarz wszystko wklepie do komputera.
Co młody lekarz robi w szpitalu? Wszystko może robić. Jest pełnoprawnym lekarzem i musi być gotowy na każdy armageddon na oddziale. Ma nad sobą starszych kolegów, którzy uczą go trudniejszych procedur (chociaż czasem jak widzę niektórych, to powątpiewam w wysoką wartość edukacyjną takiej znajomości), z którymi może skonsultować wątpliwości (chyba że akurat nie może), ale tak czy inaczej rezydent odpowiada za życie i zdrowie pacjentów. Jeśli coś zrobi nie tak, to może i nie pójdzie do więzienia, ale wyobraźcie sobie, jakbyście się czuli, jakby przez was komuś się coś stało.

Nie wspomniałam o dyżurach, kiedy rezydent zostaje sam na sam z oddziałem i musi sobie dać radę.
Na koniec miesiąca przychodzi ten moment: wypłata. Jak myślę o swojej pierwszej wypłacie, to na myśl przychodzi mi tylko ta scena z „Dnia świra”.

Medycyna? Jakby Pana Boga za nogi złapali, tak się cieszyli. A teraz? „Jak w mordę...”.
Okolice 2300 złotych na rękę. Wiem, że mnóstwo ludzi zarabia mniej. Nie jest to najniższa krajowa, ale czy naprawdę powinno się zarabiać poniżej średniej krajowej, gdy ma się w rękach ludzkie życie?
Rezydent jest świeżakiem, przeżywa wszystko bardziej, stresuje się, chce być coraz lepszy i lepszy. Mógłby po południu odpocząć, żeby na drugi dzień wypoczęty pójść do pacjentów, ale on zamiast tego idzie dyżurować. Ma rodzinę, kredyt na mieszkanie, trzeba jakoś żyć.
No bo jak inaczej, jak można być lekarzem i ledwo wiązać koniec z końcem? Nawet najmłodszy rezydent ma co najmniej 26-27 lat. Na ostatnim roku rezydentury jest po 30. Koledzy informatycy przysyłają pocztówki z San Escobar, zapraszają na piwko, i co im powiedzieć?
Że zarabia się po ponad 10 latach ciężkiej harówki niewiele więcej niż kumple z pracą z pośredniaka?
W każdym razie rezydent chce jednak mieć na książki do specjalizacji, na jakiekolwiek wakacje, myśli o dzieciach. Bierze dodatkowe dyżury. Dyżur jest co prawa stresujący, ale dopiero za to dostaje się lepsze pieniądze. Bierze się więc te dyżury jeden za drugim, do szpitala co rano (bo żeby skończyć specjalizację, trzeba swoje odrobić w szpitalu, w końcu nasze ukochane państwo nam płaci) i tak się ciągnie - ledwo, bo ledwo - ale przecież nie każdy umrze z przepracowania na dyżurach, więc jakoś jest.
Myślicie, że po specjalizacji można już jeździć nowym Audi S8 do szpitala? Zarabia się więcej, ale to dalej są zarobki na poziomie co najwyżej Fiata Pandy, jeśli ma się rodzinę i kredyt.
Cała fortuna tkwi w popołudniowych prywatnych praktykach. No więc taki lekarz robi te 12 godzin dziennie, czasem dyżur w weekend, wreszcie ma się coś z tych lat nauki i pracy. Koledzy też robią, więc się robi, wpada się w spiralę coraz większych pieniędzy, aż z człowieka zrobi się robot.
Lekarze święci nie są, ale to chory system. To system, w którym walczysz o przetrwanie. Swoje i pacjenta. Młodzi mają jeszcze zapał do pracy, mają w pamięci swoje powołanie i bardziej niż na pieniądze patrzą w przyszłość. Młodzi nie chcą tyle pracować, chcą mieć możliwość pracy w jednym miejscu, w szpitalu. Tak żeby nie mieć wyboru między głodową pensją a tyraniem całe dnie za luksus. Lekarze specjaliści (oni już nie muszą pracować w szpitalu) mają jeszcze jedną drogę: mogą poświęcić się tylko prywatnej praktyce albo wyjechać za granicę. Ale kto wtedy będzie leczył większość społeczeństwa?
Na koniec taka mała prośba: patrzcie czasem przychylniej na swoich gburowatych lekarzy. Oni są bardzo zmęczeni, przemieleni i zmaltretowani przez system. Część z nich była w tym miejscu, w którym ja jestem teraz – chciała pomagać ludziom. Skończyli jako maszynka do pieniędzy.
Mówię to jako osoba, która doświadczyła w życiu dużo przykrości ze strony lekarzy, zrozumiałam po prostu, że nasze państwo robi wszystko, żeby wyciągnąć z człowieka to, co najgorsze.

Oglądany: 73075x | Komentarzy: 387 | Okejek: 350 osób